Scena ze spotkania w krakowskiej kawiarni pod Wawelem: pan Zbigniew, 58, rozwiedziony od trzech lat. Czeka na panią, którą poznał przez znajomych. Wchodzi ona, uśmiecha się, on wstaje, odsuwa krzesło. Przez pierwsze dwadzieścia minut mówi tak, jak mówił pewnie w 1988 roku do swojej przyszłej żony — anegdotami z pracy, lekko żartobliwie, z dobrodusznym patosem. Nagle orientuje się, że ona milczy. Nie dlatego, że się nudzi. Dlatego, że on nie zadał ani jednego pytania.
To jest moment, o którym za rzadko się mówi. Wracamy do randkowania po 25, 30, nawet 40 latach związku, i pierwsze co wraca — to nie my teraźniejsi, tylko my sprzed dekad.
Skąd się bierze „dawne ja"
Nasz mózg przechowuje wzorce zachowań tam, gdzie je ostatnio intensywnie używał. Jeśli ostatni raz podrywał Pan jakąś dziewczynę w akademiku w Warszawie przed maturą, to właśnie ten Pan, z tamtych lat, wyłoni się na pierwszej randce. W garniturze, z siwizną na skroni, ale mówiący dokładnie jak student politechniki.
Problem nie w tym, że to coś złego. Problem w tym, że naprzeciwko siedzi kobieta, która też ma 55 lat. Ona nie szuka chłopaka z akademika. Szuka dorosłego mężczyzny, który przeżył już coś i umie o tym opowiedzieć cicho.
Trzy typowe „dawne ja", które wracają
„Uwodziciel z lat 80"
Komplementy zbyt bezpośrednie, mrugnięcia okiem, „piękna pani". Kiedyś to działało, bo kontekst kulturowy był inny. Dziś sygnalizuje, że ktoś nie czyta sytuacji.
„Pan dyrektor"
Szczególnie u mężczyzn po długich karierach. Mówi o sobie tak, jak mówił na zebraniu. Trudno mu zejść z fotela prezesowskiego. Kobieta naprzeciwko słyszy nie człowieka — słyszy CV.
„Mama wszystkich"
U kobiet po latach prowadzenia domu — odruch troszczenia się o partnera, zanim w ogóle wiadomo, czy się lubicie. „Zdjął Pan płaszcz? Nie zmarznie Pan?" To piękne w trzecim roku, niepokojące na pierwszej kawie.
Sygnały, że właśnie weszło „dawne ja"
- Mówi Pani/Pan dłużej niż pięć minut bez pytania.
- Używa Pani/Pan fraz, które nie pasują do własnego dzisiejszego słownika — brzmią teatralnie.
- Pojawia się napięcie w ramionach, jakbyśmy zdawali egzamin.
- Po spotkaniu pamiętamy, co powiedzieliśmy, ale nie pamiętamy, co powiedziała druga strona.
Jak się stamtąd wyłuskać
Nie trzeba tego dramatyzować. Wystarczą dwa proste zabiegi.
Pierwszy: jedno pytanie w trakcie spotkania, które zmusza mózg do zejścia z taśmy. „Czego w tym tygodniu się Pan/Pani nauczył?" Proste, dorosłe, niebanalne. Reset w stylu.
Drugi: jedna autentyczna niedoskonałość wypowiedziana na głos. „Szczerze mówiąc, od trzech lat nie byłem na takim spotkaniu i teraz to widać." Nie narzekanie — przyznanie. Dorosły człowiek po drugiej stronie zazwyczaj się rozluźnia.
Dlaczego warto zatrzymać się na tym etapie
Bo jeśli nie zauważymy „dawnego ja", ono podejmie za nas decyzję. Po drugim spotkaniu powiemy sobie, że „zabrakło chemii". Tymczasem zabrakło nas. Prawdziwa Pani — ta, która widzi wnuczkę raz w tygodniu, kocha Sienkiewicza i wciąż tęskni za morzem w Jastarni — nie dotarła do stołu. Na krześle siedziała Pani z dawnego liceum, spiętka, w roli.
Jedno ćwiczenie na wieczór przed spotkaniem
Proszę usiąść i napisać trzy zdania o sobie, które są prawdziwe dziś, a nie były prawdziwe dwadzieścia lat temu. Nie dla profilu. Dla siebie. „Nauczyłam się gotować zupę dyniową dopiero w 2021 roku." „Przestałem rozumieć żarty swojego szefa, ale nauczyłem się żartów własnych wnuków." „Po śmierci mamy codziennie rano czytam jedną modlitwę i jedno ogłoszenie sportowe."
Gdy na randce zaczniemy mówić z tego miejsca, druga osoba to wyczuwa. Nawet jeśli nie zna konkretów.
Jeżeli „dawne ja" i tak wygra
Nie szkodzi. Wystarczy wracając do domu, w tramwaju nr 8 w Toruniu albo w metrze na Mokotowie, zapytać siebie uczciwie: kto siedział przy stoliku? Ja dzisiejszy czy ja z 1993 roku? Następnym razem będzie już inaczej. Bo uwaga jest początkiem wyboru.
Randki po 50-tce są drugim, świadomym zaczynem. Nie trzeba grać dorosłego — wystarczy nim być.